Przymus piątki

Szkoła, ech, ten mało wydajny system formatowania jednostek… Niełatwy w obróbce materiał białkowy może powiedzieć „nie”, pokazać język, albo stworzyć pozory, że się uformował, jednocześnie pisząc na ścianie „dupa” w ciszy szemrzących spłuczek. Może też nic nie robić, nawet jeśli będzie miał nad sobą belfra z wyraźnie skierowanym palcem w określonym kierunku.

Z ciekawością idziemy do szkoły, nie wiemy, co nas czeka, ale oczekiwania dorosłych są takie, że będziemy się uczyć i że będziemy mieć piątki (i szóstki).

Zastanawiam się, czy to system chce nas uformować, czy może sami chcemy się do siebie upodobnić? Czym są te oczekiwania bycia piątkowym?

Jesteśmy stadni, czy może bardziej cywilizowanie: społeczni. Jeśli Jaś Kowalskiej ma same piątki, to mój Pawełek nie może być gorszy. Najlepiej, by był lepszy, a w najgorszym razie taki sam. Bo jak taki sam, to zawsze znajdzie się okazja do rozmowy: popatrz, popatrz, to tak samo jak mój Jaś, wiem o czym mówisz!

Jesteśmy różni, ale raczej nie chcemy o tym słyszeć, bo to budzi strach. Im mniej tych różnic, tym czujemy się bezpieczniejsi. Jeśli różni, to stereotyp nakazuje ocenić: lepsi czy gorsi.

Pytanie, po co oceniać? Nie wystarczy się zatrzymać na tym, że jesteśmy różni i czerpać z tego korzyści? Różni to znaczy, że mamy różne doświadczenia, możemy korzystać z tego społecznego zasobu. Tworzyć więcej, wiedzieć więcej!

Szkoła dla mnie jest przede wszystkim miejscem nabywania kompetencji społecznych, miejscem, gdzie powinno się pokazywać, jak czerpać z tych różnic. Dlatego nie lubię ocen cyfrowych. Niestety właśnie muszę parędziesiąt wstawić do dziennika…

Idea piątek ze wszystkiego dla wszystkich mimo wszystko nie jest dobrym pomysłem (przyznaję, myślałam nad tym. Przez chwilę). Jeśli komuś postawię czwórkę (co dla niektórych też może być przyczyną zgryzoty) pół biedy. Trója… Jezu, byle nie niżej. Dwója przeraża. Jedynki lepiej nie wymawiać na głos (oznacza powtórzenie roku). Skąd się bierze strach przed ocenami? Moim zdaniem to właśnie strach przed tym, że nie jestem taki sam/taka sama. Dalej: jestem gorsza. Powtarzanie roku odczytywane jest jako kompletna porażka. Oceny cyfrowe szybko nie znikną z naszego systemu, może czas zmienić sposób myślenia o nich. Przestać się nimi przejmować i skupić się na dawaniu z siebie wszystkiego, co możemy dać.

(Polecam artykuł Wojciecha Orlińskiego Akceptujcie porażki, czyli mój pedagogiczny sprzeciw, który pisze: Nie dajcie sobie wmówić, że „czwórka to zły stopień”, a „drugie miejsce to też przegrana”. Nie każdy może być primadonną. Nie każdy powinien być. Także ten, kto gra w orkiestrze drugie skrzypce, może żyć szczęśliwym życiem. A przecież tylko to się liczy).

Szkoła się zmienia

Nagłówki pojawiające się w sieci nie zostawiają na niej suchej nitki: Zabija marzenia. Marnuje wrodzone talenty. Zniechęca do nauki. Uczy rywalizacji. Etykietuje. Tak trenuje się psy! Przestarzała – trzeba całość wymyślić od nowa.

Wszystko się burzy w człowieku, kiedy czyta, ile złego wyrządziła mu szkoła, ile jego dzieciom wyrządza teraz?! Kto z nas nie doświadczył porażki w szkolnej ławce? Nie natknął się na wyjątkowo nieoświeconego nauczyciela? Więc prawda: szkoła – samo zło.

Może trzeba, choćby z czystej przyzwoitości, celem informacji, umieścić na szkolnych budynkach transparenty na podobieństwo haseł na paczkach papierosów „Minister Edukacji ostrzega: szkoła zabija”.

Mnie nie zabiła (bo co nie zabije…), chodziłam do takiej zwykłej państwówki. Mam się dobrze, może jestem w mniejszości. Lubiłam się uczyć i żadnej szkole nie udało się tego zniszczyć, a chodziłam do wielu, z powodu licznych przeprowadzek.

Nie będę bronić pruskiego drylu i odtwórczego dyktowania: „Słowacki wielkim poetą był”. Wspomnienia o szkole mam różne, dobre i złe. Moje szkoły nie były idealne. Pamiętam wyjątkowych nauczycieli, ale pojawiali się też transparentni, takie rozwielitki. Tych było sporo. Nie przeszkadzali, czasem sami sobie nie radzili.

Nie uważam czasu spędzonego w szkole za stracony, nawet jeśli nie zawsze było przyjemnie. Myślę, że dużo się nauczyłam (ja sama, nie szkoła mnie! uczenie się jest procesem subiektywnym i nigdy żadna szkoła nikogo niczego nie nauczy), na przykład tego, że szkołę tworzą określeni ludzie funkcjonujący w systemie. Bez względu na narzucony system ludzie się zmieniają, zaczynają myśleć inaczej (nawet jeśli system to utrudnia, a czasem właśnie dzięki temu). Świat się zmienia, więc szkoła też będzie się zmieniać, to nieuniknione, bo ludzie myślą (nie wszyscy jednakowo, ale to już inna historia). O licznych ciekawych oddolnych inicjatywach szkół w wielu miejscach w Polsce dowiedziałam się choćby podczas III Kongresu Polskiej Edukacji.

Dlaczego o tym piszę?

Mierzi mnie język, jakim w mediach rozmawia się o szkole (a często temat podejmują inicjatorzy zmian, którym przecież zależy, sic!), że jest zabójcą et caetera. Nie wyszło ci w życiu? Nie jesteś wystarczająco kreatywny? Nie czytasz? To wina szkoły. Upadła ci na mózg.

Czy tak powinno się rozpoczynać merytoryczną rozmowę o potrzebie zmian w edukacji? Niewątpliwie to sposób na wzbudzenie negatywnych emocji i stuprocentową klikalność nagłówka. Czy nie można by zacząć słowami: „Szkoła się zmienia”, „Szkoła, która inspiruje”…

Społeczeństwo myśli o szkole stereotypowo, bardzo schematycznie i taki sposób dyskusji utrwala te schematy w świadomości społecznej. Tabloidyzacja szkodzi debacie o stanie szkolnictwa.

Współczesnej szkole potrzeba dobrego „nauczyciela”, takiego, o jakiego teraz walczą innowatorzy, takiego, który podda diagnozie i wystawi ocenę kształtującą, a nie krzyknie: siadaj, pała, nic z ciebie nie będzie! Takiego, który w swojej mądrości będzie wiedział, że zawsze jest coś, co robi się dobrze i coś, nad czym można pracować. Potrzebuje kogoś, kto będzie rozmawiał, a nie krzyczał i się wymądrzał, że on wie lepiej. Potrzebuje też kogoś, by ją wysłuchał i podjął dialog. Szkoła to nie abstrakcyjny byt, to ludzie: uczniowie, nauczyciele, rodzice, dyrektor.

Pracuję w wyjątkowej szkole, której daleko do pruskiego drylu i schematów, ale ona też się ciągle zmienia, nieustannie poddajemy ją ocenie kształtującej. Myślę, że w tym jej siła i potencjał.

Przestańmy wreszcie belfrzyć!

W jaki sposób metodyk (czyli specjalista od tego jak uczyć) rozpoczyna cykl szkoleń dla nauczycieli na temat alternatywnych, przyjaznych mózgowi metod nauczania*? Kilkugodzinnym wykładem.

Słyszę tu i tam, że nauczyciele nie potrafią uczyć, nie potrafią się otworzyć na nowości, bo sami są produktami przestarzałego szkolnego systemu. Nieświadomie popełniają błędy swoich własnych nauczycieli, stąd belferski ton i postawa „ja wiem lepiej”. Stąd podskórne zamknięcie na zmianę. Taka diagnoza. Co zrobić?

My, którzy poszukujemy, którzy chcemy tego Bladaczkę z siebie usunąć, wykasować, wypchnąć: chcemy się uczyć. Dużo się dzieje, szkoła się budzi, zwoływane są konferencje, prowokowane dyskusje. Idziemy w kierunku Światła, a tam na piedestale wykłada Metodyk. Więc milcząco słuchamy o tym, że aby zainteresować ucznia, nauczyciel winien mieć osobowość, że lekcję trzeba zacząć niebanalnie, że nie powinno się dzieci wrzucać do jednego wora, że proces uczenia się jest subiektywny, że kiedy prowadzimy lekcję otwartą i omawiamy dodawanie, a Jaś zgłasza się, chce mnożyć, bo dodawanie to on świetnie zna, a my mówimy, że Jaś powinien się dostosować i nie przeszkadzać pani, która tłumaczy, to robimy mu krzywdę.

Po wykładzie jest czas na pytania.

Podnoszę rękę, ściskam pośladki (żeby było mnie lepiej słychać, a jestem też w emocjach) i pytam, skoro spotykamy się tutaj w grupie kilkudziesięciu nauczycieli, każdy ma inne doświadczenie, część z nas wie o tym, że ta osobowość jest potrzebna i, że trzeba niebanalnie… to może nieco zmienić formułę spotkania, wymieńmy się doświadczeniami, jest nas tu sporo, i pani jest, która pewnie chętnie odpowie na pytania i włączy się…

Wykładowca mierzy mnie wzrokiem, moje pośladki drżą, i odpowiada, że tak trzeba, że jest duże audytorium, że nie wszyscy wiedzą i że nie słucham uważnie, a gdybym została przepytana, to na pewno nie wiem, co jest na następnych slajdach prezentacji.

A potem jeszcze dostało mi się, że brak mi pokory.

* przyjazne mózgowi to takie nastawione na aktywizację ucznia, krytyczny odbiór informacji, kreatywność

Oczywiście wykład wykładowi nierówny, jak belfer belfrowi. Mimo wszystko wykłady raczej powinny przejść do lamusa, chyba, że TED, te lubię. Mają sens. Bo wiemy, że poziom koncentracji na wykładach spada do około 20% już po trzydziestu minutach słuchania.

Kto więcej chce poczytać o wykładach, może tu (po angielsku): http://www.onlineuniversities.com/10-Big-Problems-With-Lecture-Based-Learning

O nauczaniu przyjaznym mózgowi pewnie jeszcze nieraz napiszę.

 

 

Idealna szkoła

Idealna szkoła… takie coś przyśniło się pewnej matce. Obudziwszy się, wybuchła gorzkim, żałosnym płaczem. Opowiedziała sen innym rodzicom. Też się popłakali.

Od jakiegoś czasu straszą nagłówki na portalach, nie tylko tych poświęconych edukacji: „Kryzys szkoły”, „Tak się w polskiej szkole zabija talenty”, „Źle się dzieje w polskiej szkole”, czy, bez owijania w bawełnę, „Polska szkoła jest do dupy”. Jeden z nich to nawet tytuł modnej książki duńskiego pedagoga i terapeuty Jaspera Juula. „Kryzys szkoły” – pozycja jest szeroko cytowana na wszelkich konferencjach poświęconych edukacji, wymachuje się tym Jasperem z mównic, nawołuje do nonkonformizmu.

Słusznie, moim zdaniem tego wciąż jest za mało: postawy krytycznej. Nareszcie do głosu zostali dopuszczeni rodzice i dzieci. Rozmawiamy! Są to rozmowy burzliwe, ale w tym metoda. (Teraz trzeba mądrego, żeby wyciągnął wnioski z tych dyskusji).

Problem, jaki się pojawił, to eskalacja atmosfery zagrożenia: jest aż tak źle, że trzeba z tą obecną szkołą raz na zawsze skończyć, że faktycznie ta szkoła jest w totalnym kryzysie, niczego dobrego tam nie ma i krzywdzimy dziecko posyłając je na nudne lekcje do pańs(tfu!)wki. To nieprawda. Szkoły, nawet te publiczne, są bardzo różne, szkoła szkole nierówna. Wszystko zależy od dyrektora i kadry nauczycielskiej, wiele od samego nauczyciela, a i tu można być optymistycznym, bo jak napisał Juul: „Kiedy uczeń ma pięciu czy sześciu różnych nauczycieli i wśród nich trafi się jeden osioł, to nic się nie stanie, ponieważ każdy w końcu musi się nauczyć, jak dawać sobie radę z osłami”.

Na „kryzysie szkoły” w pewnym sensie zyskują szkoły niepubliczne, gdzie serwowane są alternatywne metody nauczania. Warto sobie uświadomić, że alternatywne i najlepsze nie są synonimami. Wiecie, jakie jest dla mnie najważniejsze przesłanie „Kryzysu szkoły”? Nie to, że mamy kryzys, trzeba spalić szkoły i budować na nowo, ale cytując za Juulem: „Wciąż panuje błędne przekonanie, że powinien istnieć tylko jeden rodzaj szkoły. Uważam, że każde społeczeństwo potrzebuje sześciu, czy ośmiu różnych rodzajów. Są, na przykład, dzieci, które w ogóle nie pasują do szkoły demokratycznej. Są też takie, dla których traumą okaże się szkoła Montessori. Dlatego porzućmy marzenie o jednej szkole dobrej dla wszystkich. Tworząc coś nowego, trzeba uważać, żeby nie popaść w tradycyjny schemat myślowy i nie uwierzyć, że wiemy, jak wygląda doskonała szkoła. Bo jeśli okaże się, że jakiś uczeń do niej nie pasuje, to będzie traktowany jak nienormalny”.

Szkoła jest ważnym miejscem, gdzie dzieci nabierają przede wszystkim kompetencji społecznych – to trzeba sobie uświadomić w pierwszym rzędzie (polecam bardzo ciekawy artykuł „Szkoły niegrodzone”). Wiedza w czasach Wikipedii nie jest najważniejsza. Według mnie idealna szkoła to taka, którą tworzą wspólnie: nauczyciele, uczniowie, rodzice, dyrektor. To szkoła budowania relacji, oparta na dialogu i wymianie doświadczeń, niekoniecznie nastawiona na jedną metodę nauczania.

Czy taka istnieje? (Patrz: lead).

 

Krowo, leć! – kilka słów o (prawdziwej) motywacji

Motywacja jest jednym z istotnych czynników napędzających różne procesy, nie tylko uczenia się. Pamiętam dykteryjkę opowiedzianą przez mego ojca, który w pewnym momencie życia, ku radości zdumionych rodziców i nauczycieli, namiętnie zaczął chodzić do opery. Tato opery nie cierpiał, ale podobała mu się pewna koleżanka, która operę kochała…

Idealnie byłoby, gdyby istniał skuteczny sposób na motywację, który działa na wszystkich. Nagle odchudzanie nie byłoby takim problemem, zmotywowani pracownicy zgłaszaliby się do pracodawców z prośbą o bezpłatne nadgodziny, a uczniowie z wypiekami na twarzy odrabialiby zadania domowe, prosząc o więcej.

Okazuje się, że jest taka jedna metoda działająca na wszystkich – nakręcają się nią portale edukacyjne, parentingowe i przede wszystkim coachingowe: motywacja wewnętrzna. Jedyna, która działa. Wewnętrzna, czyli taka, kiedy nie oczekujemy nagrody, po prostu robimy coś, bo to sprawia nam przyjemność. Robimy to dla siebie. To prawda: kiedy działamy ze względu na wewnętrzne pobudki, możliwa zmiana będzie o wiele trwalsza. Taka motywacja wewnętrzna to prawdziwa oznaka dorosłości. Takiego właśnie zachowania mamy wymagać od naszych uczniów? Jeżę się, kiedy to czytam, bo to jest zupełnie tak, jakbyśmy od krowy żądali, żeby wzbiła się w powietrze.

Badania nad rozwojem ludzkiego mózgu pokazują, że płat odpowiedzialny za motywację wewnętrzną wykształca się dopiero około dwudziestego roku życia. Z tego punktu widzenia oczekiwanie motywacji wewnętrznej od nastolatka czy dziecka jest niedorzeczne. Co nie znaczy, że ona się nie pojawia, bo mamy różne nastolatki, tak jak mamy różnych ludzi.

Na początku września miałam przyjemność prowadzić warsztaty motywacyjne dla gimnazjalistów oraz dzieciaków z klas 4, 5, 6. Celem tych zajęć było odkrycie przed młodymi ludźmi, czym jest motywacja i jak się motywować. Dla mnie ważny był inny cel: przyjrzenie się procesowi motywacji wśród uczniów. Na warsztatach z gimnazjum (klasy 1-3) przeprowadziłam badanie wykorzystując metodę wędrującego stołu, gdzie uczestnicy zapisywali swoje odpowiedzi na sześć pytań (znalazłam je w książce Jerego Brophy’ego“Motywowanie uczniów do nauki”):

  1. Co robisz często, dlatego że to lubisz? Dlaczego? (Co powoduje, że dane czynności sprawiają ci przyjemność? Co one ci przynoszą?) (Na przykład: gram w piłkę, idę na zakupy, gram w gry komputerowe itp.).
  2. Co robisz często, mimo że tego nie lubisz (bo zalicza się to do twoich obowiązków, których uniknąć nie możesz, albo dlatego, że stanowi, według ciebie, konieczny etap na drodze do jakiegoś ważnego celu)? (Odpowiedzi, które się pojawiły: uczę się, odrabiam zadanie domowe, koszę trawę, wychodzę z psem, wynoszę śmieci, opiekuję się bratem).
  3. Jakie przedmioty i jakiego rodzaju praca na lekcji daje ci najwięcej przyjemności i satysfakcji? (Tutaj prym wiodły: metoda projektu; działania, na które uczniowie mieli realny wpływ; dyskusja; praca w grupie. Wskazane przedmioty były różne, tak jak różne mogą być zainteresowania w klasie).
  4. Jak siebie motywowałaś/eś, żeby skutecznie poradzić sobie z zadaniem, gdy czynności związane z uczeniem się nużyły cię lub zniechęcały? (Nagroda w postaci wyjścia do kina, zjedzenia czekolady, spotkania z kolegami; wizja złej oceny).
  5. W jaki sposób twoi nauczyciele i profesorowie wpływali poztywnie lub negatywnie na twoją motywację? (Pozytywnie: kiedy byli otwarci na pytania, przyjacielscy, nie stwarzali bariery, lubili swój przedmiot, byli “pozytywnie zakręceni”, uśmiechnięci, nie obrażali się. Negatywnie: nie mieli poczucia humoru i dystansu do siebie, nie byli zaangażowani w lekcję, krzyczeli, stwarzali poczucie wyższości nad uczniami, traktowali uczniów jak głupków).
  6. Po co się uczysz? (Odpowiedzi, które się powtarzały: nie chcę być głupi; muszę zdać egzamin; chcę pójść na studia; chcę mieć dobrą pracę; żeby rodzice się nie czepiali. Najrzadziej pojawiała się odpowiedź: chcę się czegoś dowiedzieć).

Wspólna analiza odpowiedzi miała nas doprowadzić do wniosków, jakich strategii używać, a których unikać w staraniach o wzbudzenie chęci do działania.

Na drugie pytanie każda z trzech grup badanych udzieliła m.in. odpowiedzi: „uczę się”. Tylko jedna osoba wskazała, że uczy się, bo lubi to robić. Mimo że gimnazjaliści mają świadomość tego, po co zdobywa się wiedzę, to nie wystarcza im to do tego, żeby na siłę wzbudzić w sobie wewnętrzną potrzebę nauki. Do uczenia się motywuje ich: kieszonkowe, czekolada, wizja bliskiego egzaminu, sprawdzianu, ocena, poczucie obowiązkowości. Jednak często jest tak, że mimo nagrody (np. podwyżka kieszonkowego), inne aktywności zdają się być ważniejsze, choćby na przykład interakcja z rówieśnikami (wspólne wyjście, gra w piłkę, przesiadywanie na Facebooku), czy po prostu słuchanie muzyki, gra komputerowa, czytanie. I nie ma w tym nic dziwnego ani alarmującego. Zgodnie ze stanem współczesnej wiedzy neurologicznej u młodego człowieka poczucie motywacji jest fizjologicznie zaburzone.

Wspólnie orzekliśmy, że z natury jesteśmy leniwi, co nie znaczy, że gorsi. Że w motywacji do działania silne znaczenie ma przyjemność (rozmawialiśmy o “flow”, czyli uniesieniu); zadanie sobie pytania “Dlaczego coś robię?”oraz świadomość, że nic nie muszę, ale poniosę konsekwencję swojego wyboru. Im więcej poznaję siebie, tym lepiej wiem, jak się zmotywować. Nie zawsze i nie w każdym przypadku motywacja wewnętrzna okaże się skuteczna, bo są takie działania, których nie lubimy podejmować (nie musimy lubić wszystkiego).

W grupie uczniów klas 4-6 zajęcia wyglądały inaczej (mniej pisania, więcej rozmawiania). Usiadłam na krześle na środku sali (ławki ustawione są w podkowę) i powiedziałam, że jestem zmęczona, nie mam motywacji do przeprowadzenia warsztatów. Zapytałam, jak dzieci zmotywowałyby mnie do tego, żeby jednak te zajęcia się odbyły. Zaraz posypały się propozycje (bo obudziłam poczucie sprawczości, a to, nawet jeśli jest złudne, może motywować): “Zostanie pani zwolniona ze szkoły, bo nie wypełnia pani swoich obowiązków”, “Nie dostanie pani pieniędzy”, “Będziemy głośno”, “Powiemy dyrektorowi”. Nikt nie wpadł na to, że motywacją może być zwykła ciekawość (chcę dowiedzieć się, co dzieci rozumieją pod pojęciem motywacji), czy na przykład to, że rozmowa z nimi po prostu sprawi mi przyjemność.

Klasy 4-6 nie miały listy pytań: taka analiza mogłaby szybko znudzić i zdemotywować dzieci. Zapytałam po prostu, po co się uczą? Kilkoro odpowiedziało, że dlatego, żeby w przyszłości mieć dobrą pracę i dużo zarabiać oraz żeby nie być nieudacznikiem i, cytuję: “nie być śmieciarzem”. Te odpowiedzi brzmiały jak wyuczone formułki wpychane do uczniowskich głów przez ich opiekunów. Większość stwierdziła, że: nie wie; uczy się dla rodziców; żeby mieć dobre stopnie; żeby zdać egzamin szóstoklasisty; bo będzie nagroda na koniec roku; dla kieszonkowego). Nikt nie wskazał na pobudki, które można by było sklasyfikować jako wewnętrzne. Z badania wynikało, że dzieci przychodzą do szkoły przede wszystkim po to, żeby spotkać się z rówieśnikami. Uczenie się było na drugiej i dalszych pozycjach.

Na tych warsztatach wiele się nauczyłam, potwierdziły się też moje wcześniejsze przypuszczenia oparte na dwuletnich obserwacjach. Wzrost motywacji wewnętrznej jest możliwy tylko wtedy, kiedy rozwinie się w nas głębokie poczucie autonomii i odpowiedzialności za to, co i dlaczego robimy. Wymagając takiej świadomości od rozwijającego się dziecka, możemy wprowadzić je w frustrację, przecież ono dopiero odkrywa siebie i świat. Budujmy w dzieciach poczucie własnej wartości oraz rozmawiajmy. Poznawajmy potrzeby swojego dziecka i pamiętajmy, że każde może mieć inne. Nasze potrzeby nie są potrzebami naszych dzieci (to niestety wcale nie jest łatwe do zaakceptowania).

Często czytając różne artykuły o edukacji, natrafiam na truizm: “dzieci są naturalnie ciekawe świata”. Tak, tyle, że mają swoją definicję tego “świata”, która różni się, często diametralnie, od tej naszej, dorosłej. Ciekawość świata nie zawsze się przekłada na zamiłowanie do pisania opowiadań, poznawania nowych słów, czy rozwiązywania zagadek matematycznych.

Dającej do myślenia odpowiedzi na to, jak motywować uczniów, udzieliła Lisa Nalbone, amerykańska edukatorka. Jej odpowiedź brzmi: “Wcale. Możesz jedynie zachęcać i wspierać dzieci, by odkrywały własną, wewnętrzną motywację”. Jakie to piękne, idealne. Co jednak, jeśli ta wewnętrzna potrzeba w dziecku się jeszcze nie wykształciła? Czy jest czymś złym, że Jasiek uczy się matematyki, bo lubi pana Tomka i dla niego skoczyłby w ogień? Dzięki tej sympatii startował w konkursie matematycznym. Może za parę lat zmieni się nauczyciel… Janek też się zmieni i odkryje, że nie lubi matematyki, bo ta z jakiegoś powodu zaczyna go nudzić. Albo pozna Zosię, która zadaje się tylko z takimi, co chodzą do opery…

Artykuł (który sprawił, że się zdenerwowałam), o tym, że dzieci potrzebują „prawdziwej motywacji”, którą na pewno nie jest czekolada, znajdziesz pod tym linkiem: http://www.juniorowo.pl/zabojcy-motywacji-jak-nie-motywowac-dzieci/

Z rzetelnym, krótkim podsumowaniem, czym jest motywacja zewnętrzna i wewnętrzna, oraz kiedy stosować którą, spotkasz się na stronie: http://www.swps.pl/warszawa/warszawa-aktualnosci/strefa-skutecznego-nauczyciela/9665-operon-jak-skutecznie-motywowac-uczniow

O mózgu nastolatków można poczytać tutaj: http://www.newsweek.pl/to-mozg–nie-hormony,57654,1,1.html

Polecam książki:

Jere Brophy „Motywowanie uczniów do nauki”

Michael V. Pantalon „Błyskawiczne wywieranie wpływu”

oraz wykłady o neurodydaktyce doktora Marka Kaczmarzyka (są dostępne w postaci filmików na You Tube), a także jego książkę „Zielony mem” dostępnej w sieci pod adresem: http://www.obradzionkow.robia.pl/pliki/1624.pdf

Lista tortur szkolnych

Co jakiś czas pojawia się w mediach temat lektur szkolnych, które podobno są jak zmora z dzieciństwa. Piszę “podobno”, bo dla mnie zmorą nie były, choć nie wszystkie się podobały, niektóre nudziły. Ale ja po prostu zawsze bardzo lubiłam czytać. Nikt mnie specjalnie do tego nie zachęcał.

“Lektury szkolne wybierają ludzie, którzy nie lubią dzieci” – powiedział profesor fizyki Łukasz Turski w wywiadzie dla Polskiego Radia. Przytaczam tę wypowiedź pars pro toto: takie bzdury świetnie nadają się na klikalne nagłówki, szczególnie, że nauczyciele nie cieszą się sympatią wśród społeczeństwa (bo to obiboki, które mają dwa miesiące wakacji). Od kiedy zostałam nauczycielką, sama jestem postawiona przed dylematem, co wybrać, czym się kierować. Po pierwsze to ja ostatecznie wybieram lektury, a dzieci poświadczą, że bardzo je lubię (i lektury przeze mnie wybrane i dzieci). Bardzo dużo rozmawiam ze swoimi uczniami, wiem, po jakie książki najchętniej sięgają: najczęściej nie jest to literatura wysoka i językowo bogata. Mimo to nawiązuję do tych książek na lekcjach, rozmawiamy o sposobie pisania, porównujemy z innymi tekstami. Przeprowadzam wśród swoich uczniów ranking lektur, wybieramy najciekawsze, rozmawiamy o tych najnudniejszych, zastanawiamy się, czemu dana książka została odebrana jako nudna. Opinie dzieci są bardzo zróżnicowane, w poprzednim roku w szóstej klasie hitem była “Balladyna”, więc ramota, XIX wiek! Kto to w ogóle czyta (i rozumie)! Czasem niektórzy wracają do książek, które czytali na początku roku, a później podchodzą do mnie i mówią, pani Natalio, to jest fajne, teraz mi się podoba.

Absurdem jest dążenie do tego, żeby na liście lektur szkolnych znalazły się książki ciekawe. Cóż to za abstrakcyjny paradygmat. Dla Zosi książka X będzie fascynująca, a dla Franka będzie babska i do bani. Nigdy nie powstanie lista idealna, a każda książka może stać się zarzewiem dyskusji. Nauczyciel powinien stworzyć kontrapunkt, przedstawić tło, odniesienia do lektury.

Moja lista przede wszystkim jest zróżnicowana, od dziecięcej klasyki po nowości wydawnicze. Chcę pokazać dzieciom różne sposoby narracji, ale też to, jak zmieniał się język polski na przestrzeni czasu, jak zmieniały się tematy, które interesowały pisarzy          (i czytelników). Cieszę się, że co jakiś w mediach pojawiają się dyskusje o szkolnych lekturach. Budzi to niewątpliwe emocje, szczególnie, że wypowiadają się specjaliści w tej dziedzinie, a specjalistą jest każdy, kto skończył szkołę i przeszedł przez nieszczęsny “kanon”. Rozumiem troskę rodziców o to, żeby dzieci nie czytały smutnych książek, o złym świecie, ale jej nie podzielam. Świat jest złożony, a księżniczki nie zawsze się budzą.

“Wybierane przez nauczycieli książki nie rozbudzają ciekawości dzieci, opisują nieznaną mu rzeczywistość sprzed kilkudziesięciu lat” – przeczytałam w jednym z artykułów, czy komentarzy pod tekstem na popularnym portalu. To zarzut, czy pochwała? Rzeczywistość sprzed kilkudziesięciu lat (czasy PRL) może być ciekawym tematem do rozmowy z dziećmi. Bo to, czy książka ma szansę zaciekawić zależy od nauczyciela i rodzica. To on przygotowuje dziecko do lektury, a później inicjuje rozmowę, uważnie słucha, wyjaśnia.

Listy lektur mogą być bardzo różne, najważniejsze nie są tytuły, ale to, co potem z tą lekturą zrobi nauczyciel, czy rodzic. Dziesięcioletniego Mikołaja bardzo nudził “Pinokio”. Dlaczego? Ponieważ główny bohater nie był mądry. Czyż to nie jest fantastyczny początek rozmowy o mądrości – skąd się bierze owa mądrość, w końcu każdy z nas bywa głupim Pinokiem.